Rozmaitości

Maj 2015


Kolejna mieszanka firmowa. Resztówka wydłubana z chorego umysłu, którego nie wyleczyła kuracja odwykowa. Być może pamięć zawodzi i zdarzają się powtórki            i przekręty. Errare humanum est et repetitio est mater studiorum. Warto więc uczyć się na pamięć tych bezeceństw i obelg, tak typowych dla naszej polskiej formacji myślowej.

Zakochany
Uznaje feromony
Tylko od żony

Świntuch ze mnie
Gdyś seksualny inwalida
Utnij co już ci się nie przyda

U Pani?
Jakże cenny
Ten trójkąt równoramienny

Granica więzi?
Gdy pozwala mi odpiąć stanik
Przestaję mówić jej „pani”

Samoocena                                                                                                    Wylewam litry potu                                                                                                    A moje fraszki bez polotu

Było, minęło
Się miało
To ciało

Do grobowej deski
Chcę leżeć przy tobie
Nawet w grobie

Po ślubie?
Moja afrodyta
Nareszcie zdobyta

Sławne
Niejedna panna z tego słynie
Że pod sukienką ma dwie dynie

Ale szczęściarz!
Mam żonę spod znaku panny
Stąd mój zachwyt …nieustanny

Tyle tych magnesów!
Twoje uroda działa jak magnes
Więc wciąż  cię pragnę pragnę pragnę

Droga do celu
Od nitki do kłębka
Już jest blisko pępka

Uważaj doznasz porażenia
W tobie jest tyle słońca
Patrzałbym na cię bez końca

Oczekiwanie kurek
Mamy nadzieję
Że pan nasz dziś zapieje

Nieudacznik
Nie ma siły tura
Ni jurności kura

 Zawiedziona
Niewiele po nim się spodziewa
Kurewa

Mam pojemne Serce
Żyje więc w rozterce
Pięknych panien bez liku
Którą stawić na świeczniku?

Warunek nie do odparcia
Będę dla ciebie grzeczny
Jednak w dążeniach mych nie przecz mi

Jest nadzieja
Minął czas długi
Uśmiechnęła się po raz drugi

Na upartą
Niech prawda ta do niej dotrze
Istnieją od niej młodsze

I powiedz dobre słowo
Moje piórka
W smutku podpórka

Aj jak zaboli
I tak się zdarzy
Można słowem dać po twarzy

I to bez słów
Mam ci wiele do powiedzenia
Ale nie na ucho

Udowodnię ci
Mój kotku
Prawda leży pośrodku

Jak ślepej kurze
Zdarzyła mi się okazja
Miód i małmazja

Bardziej grzeszne
Zamiast chabry wolę
Zbierać z tobą kąkole

Nie jedno ni drugie
Grzechem i wadą
Jest zdobyć dziewczęce eldorado?

Nie trać nadziei
Do twarzy było jej z rumieńcem
Próbowałem wykrzesać nie dało się więcej

Brak oprzyrządowania?
Nie masz czym
Nie mam szans
Wprowadzić jej  w trans

I zrodzi mi Jakuba
Gdzieś tam w świecie jakaś Rebeka
Na moje skinienie czeka

Po co ci wnętrze ważniejsza ta reszta
Jest kolorowa jak tęcza
Żeby choć trochę miała wnętrza

Nadzieja moja matka
Jestem głupi mam nadzieje
Że i dla mnie lepszy wiatr zawieje  
Kupiłem żonie

Kto  najpiękniejszy powiedz mi lustro
Na pewno nie ty bóstwo

Był pewnie nieprzyzwoity
Była powabna jak mleczu puch
Spłoszył ją mój jeden ruch

Takiś pesymista
Powiedziałem sobie „w dechę”
Gdy obdarzyła mnie uśmiechem

Jeśli to wszystkich
Moja troska główna
Przyjdzie walec i wyrówna

I będziemy mieli dzieci
Ty marzysz ja marze
Że się z tobą sparzę

Nie przebieraj
Nie zdały się na wiele
Jej słowicze trele
Bardziej liczę
Na pieśni słowicze

I tak bywa
Zamiast  wśród mrówek
Usiadła w pokrzywy

Zakochany
Uznaje feromony
Tylko od żony

Świntuch ze mnie
Gdyś seksualny inwalida
Utnij co już ci się nie przyda

U Pani?
Jakże cenny
Ten trójkąt równoramienny

Granica więzi?
Gdy pozwala mi odpiąć stanik
Przestaję mówić jej „pani”
 
Samoocena
Wylewam litry potu

A moje fraszki bez polotu



Było, minęło

 Się miało

To ciało

Do grobowej deski
Chcę leżeć przy tobie
Nawet w grobie

Po ślubie?
Moja afrodyta
Nareszcie zdobyta

Sławne
Niejedna panna z tego słynie
Że pod sukienką ma dwie dynie

Ale szczęściarz!
Mam żonę spod znaku panny
Stąd mój zachwyt …nieustanny

Tyle tych magnesów!
Twoje uroda działa jak magnes
Więc wciąż  cię pragnę pragnę pragnę

Droga do celu
Od nitki do kłębka
Już jest blisko pępka

Uważaj doznasz porażenia
W tobie jest tyle słońca
Patrzałbym na cię bez końca

Oczekiwanie kurek
Mamy nadzieję
Że pan nasz dziś zapieje

Nieudacznik
Nie ma siły tura
Ni jurności kura


Mam pojemne Serce
Żyje więc w rozterce
Pięknych panien bez liku
Którą stawić na świeczniku?

Załamał się?                                                                                                              Chociem zbereźnik niecnota i gad                                                                           Będę cię nosił na rekach przez świat
Skromny                                                                                                                 Do szczęści  nie trzeba mi wiela                                                                         Kochanki i przyjaciela
Przemiana pokoleń                                                                                           Epoka była Izydora                                                                                              Teraz na mnie pora
Poddany?                                                                                                               Klęczę u twego podnóżka                                                                                            Błagam zaproś do łóżka
Kochankowie i politycy                                                                               Rozmawiać w cztery oczy?                                                                                    Chyba w dwa języki?
Jest nadzieja
Minął czas długi
Uśmiechnęła się po raz drugi 

Na upartą
Niech prawda ta do niej dotrze
Istnieją od niej młodsze

I powiedz dobre słowo
Moje piórka
W smutku podpórka

Aj jak zaboli
I tak się zdarzy
Można słowem dać po twarzy

I to bez słów
Mam ci wiele do powiedzenia
Ale nie na ucho

Udowodnię ci
Mój kotku
Prawda leży pośrodku

I powiedz dobre słowo
Moje piórka
W smutku podpórka

Aj jak zaboli
I tak się zdarzy
Można słowem dać po twarzy

I to bez słów
Mam ci wiele do powiedzenia
Ale nie na ucho

Udowodnię ci
Mój kotku
Prawda leży pośrodku
Jak ślepej kurze
Zdarzyła mi się okazja
Miód i małmazja

Bardziej grzeszne
Zamiast chabry wolę
Zbierać z tobą kąkole

Nie jedno ni drugie
Grzechem i wadą
Jest zdobyć dziewczęce eldorado?

Nie trać nadziei
Do twarzy było jej z rumieńcem
Próbowałem wykrzesać nie dało się więcej

Brak oprzyrządowania?
Nie masz czym
Nie mam szans
Wprowadzić jej  w trans

I zrodzi mi Jakuba
Gdzieś tam w świecie jakaś Rebeka
Na moje skinienie czeka

Po co ci wnętrze ważniejsza ta reszta
Jest kolorowa jak tęcza
Żeby choć trochę miała wnętrza

Nadzieja moja matka
Jestem głupi mam nadzieje
Że i dla mnie lepszy wiatr zawieje    jest w innym

Kupiłem żonie
Kto  najpiękniejszy powiedz mi lustro
Na pewno nie ty bóstwo

Był pewnie nieprzyzwoity
Była powabna jak mleczu puch
Spłoszył ją mój jeden ruch

Takiś optymista?
Powiedziałem sobie „w dechę”
Gdy obdarzyła mnie uśmiechem

Jeśli to wszystkich
Moja troska główna
Przyjdzie walec i wyrówna

I będziemy mieli dzieci
Ty marzysz ja marze
Że się z tobą sparzę

Nie przebieraj
Nie zdały się na wiele
Jej słowicze trele
Bardziej liczę
Na pieśni słowicze

I tak bywa
Zamiast  wśród mrówek
Usiadła w pokrzywach

Diabeł docenia
Mówi mi córka
Twe fraszki jak piórka
Mówi synalek
Piszesz wspaniale
Mówi żonisko
Upadłeś nisko
Zaś mówi dziadek
Tragicznyś  wypadek
I babka w kłopocie
Z ciebie sto pociech
I krytyk
Nie szczędzi przytyk
Zaś ciotka rzekła
Pójdziesz do piekła
Stróż anioł zaś za mnie
Ręce łamie
Piotr cię nie wpuści
W niebiańskie czeluści
Rzecze diablisko
Za słabe dla cię
Piekielne ognisko
Będzie bezpieczniej
Gdy pożyjesz wiecznie

W ramionach studenta…
Student ze studentką
Dogada się prędko

Jestem za niski?
Rzekła mi w pół drogi
Za wysokie dla cie moje progi

Mały wydatek
W Ewy stroju ci do twarzy
Lepszego nie mogłaś sobie wymarzyć


Pracował na dwu etatach?   
Rozdwoił swoje życie
Zakładając trójkąt małżeński

Bo ona też pracuje!
Nie pojmuje
Że żona mniej kosztuje

Odmierzają godziny życia?
Nie stworzą pary
Gdy żona i mąż biją jak zegary            ?

Lewą czy prawą stroną?
Gdy mówię półżartem
Śmieją się pół usty

A gdy myślą dwa?
Popełniamy komedię pomyłek
Gdy nie myśli głowa a tyłek

Gdy uchylam przed panią
Czasem muszem
Pomyśleć kapeluszem

Ja nie wołam
Wołamy jednogłośnie
Niech nam wódz wyrośnie
         
W Polsce tyle wiatraków
Nachodzi mnie ochota
By pełnić rolę Don Kichota

A przedtem toś szczebiotał
Nie mam jej wiele do powiedzenia
Do widzenia

Razem raźniej tonąć
Deska ratunku też tonie
Gdy zbliża się nasz koniec

Nie wszystko?
Jestem gotów oddać ci wiele
Gdy spełnisz moje cele

Sam mu pomoże
Anioł stróż jest bezsilny
Gdy kosa machnie

Moja pasuje do każdej
Noszę w sobie półprawdę noszą i one
Obie połówki dla siebie stworzone

 Dziejów?
 Choruje mój zdrowy rozsądek
 Bo nie idę z prądem

 Aż tak pokonana?
Oblała się perlistym potem
Znak że udały się zaloty

Szczególnie u Olejnik
Nieraz zdania są podzielone
Kropkami na i

Idealna para
Spotkał się pan i pani
Oboje miłośnie otrzaskani

A właśnie że ma
Koleje losu
Nie mają głosu

Chwała takim upadkom
Stoczyli się na dno upadku
Pozostali do końca życia w tym stadku

Bo wygrzane?
Gości we mnie taka pokusa
By w twoje łoże dać susa














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz